Trio Łódzko-Chojnowskie

Paweł Konopacki, Witold Łuczyński, Tomasz Susmęd

O Jacku...

Jak zacząć moje skromne wspomnienie o Jacku? W jaki ton uderzyć? Czy w ten patetyczny, o odnajdywaniu najwyższych wartości, o stawianiu najważniejszych pytań? Czy w ten emocjonalny, o niezwykłej charyzmie, o emfatycznych uniesieniach, o niemal ekstatycznych stanach przy wsłu­chi­wa­niu się w Jego pieśni? Może w ten bardzo osobisty, o wpływie na osobowość, o kształtowaniu charakteru? Albo w praktyczny — o wyłuski­wa­niu nut przy klawiaturze, jakżeż typowe próby naśladowania Mistrza?

Nie, chyba jednak nie — czuję, że Jacek w górze uśmiałby się do łez. Bo Jacek przecież źle czuł się w roli pomnika, legendy, autorytetu. Co prawda w naszych oczach — oczach zasłuchanych wielbicieli — stawał się nim mimowolnie, ale przecież do końca walczył z przyklejanymi gębami, próbami zaszufladkowania, zamknięcia w jakichkolwiek ramach. Ten duch przekory, wiecznego poszukiwania własnych ścieżek („Ja — mar­co­wy kocur”), podważania dogmatów, to chyba jedna z rzeczy najbardziej u Jacka imponujących.

To było zdaje się w drugiej klasie liceum (o, bezpowrotnie utraconaż młodości!), rok 1997, Jacek objeżdżał kraj z trasą Pochwały łotrostwa. Dla mnie to był ten okres, kiedy drzemiąca w młodym człowieku iskra wybucha płomieniem niezgody na zastany porządek, pytaniami o sens, szukaniem drogi. Jacek ze swymi pieśniami trafia bardzo bezpośrednio i celnie w uczucia wieku dojrzewania. Jasne, że wtedy to jeszcze nie jest odbiór pogłębiony znajomością kontekstów, refleksją, dociekaniem, ale głównie emocjonalny, nieuchwytną nicią wiążący słuchacza z Poetą i Pieś­niarzem. Jakżeż głęboko w czas ten burzliwy przeżywa się wersy Obław, epitafiów, jakżeż mocno się odczuwa konieczność samotności Powrotu, jakżeż tętni w uszach przerażający Krzyk. I właśnie wtedy Pieśniarz staje się kimś więcej, staje się Przewodnikiem, staje się Wyrazicielem, staje się Głosem myśli. Trudno nazwać ów przedziwny stosunek, zwłaszcza, że do owego 1997 roku nigdy Jacka na żywo nie było mi dane usłyszeć. Był niemal mitycznym Bardem, kimś tak wyjętym z rzeczywistości, że niemal nadludzkim. I wtedy właśnie, w mroźne po­po­łu­dnie tegoż 1997 roku wybraliśmy się z grupą przyjaciół (też „zakacz­marzonych”) na koncert Jacka w pobliskim mieście, jeszcze wtedy wojewódzkim. Podniecenie rozgrzewało nas stojących na skromnym chojnowskim peronie w oczekiwaniu na pociąg. W końcu — nadjechał. Zwykły pociąg osobowy, druga klasa, wagony dwupiętrowe, brudne szyby, śmierdzący kibel, wiecznie zacięte drzwi i cały ten pkpowski sztafaż. Oczywiście nie zwracaliśmy wówczas na to uwagi podnieceni oczekującym nas przeżyciem. Wsiedliśmy zatem do pociągu i… To do nas naprawdę długo docierało: pod oknem futerał na gitarę, torba podróżna, nieodłączna kamizelka, książka w ręku. Jacek zwrócił na nas uwagę też dopiero po dłuższej chwili, kiedyśmy tak stanęli jak wryci ze szczękami rytmicznie obijającymi się o podkłady kolejowe. „Wy pewnie na kon­cert?” zapytał i roześmiał się. To była piękna podróż — Jacek porozma­wiał z nami, rozdał autografy (Boże mój, Boże mój, czemuśmy wonczas aparatów nie wzięli??!!!!), udzielił wywiadu do szkolnej gazetki. Okazał się niezwykle sympatycznym facetem, człowiekiem otwartym, szczerym, dowcipnym (pięknie ironizował na temat własnych utworów!). To spot­ka­nie odmitologizowało nasz stosunek do Poety. Pozostał Mistrzem, Autorytetem i Bardem, ale stał się też normalny, ludzki, a dzięki temu — jestem o tym przekonany — lepiej, głębiej przez nas obierany.

Później bywałem kilkukrotnie na koncertach Jacka, ale okazja do ponownego spotkania w cztery oczy zdarzyła się dopiero podczas nagra­nia Od przedszkola do Opola. Jacek już wtedy chory, z rurką w krtani, ale energiczny, z błyskiem w oku, szelmowskim uśmiechem. Dla nas (chyba mogę pisać w imieniu kolegów) — ogromne przeżycie, stres, emocje. To coś niesamowitego, kiedy gra się przed człowiekiem, którego zazwyczaj się oklaskiwało. Jackowi się podobało, uśmiechał się, klaskał, wzruszał. Po nagraniu niezapomniany wieczór u Niego w domu. Jacek — z właściwą sobie bezpośredniością — mówi: „Grasz świetnie, ale brak ci pierdolnięcia w lewej ręce”. Tych chwil nie zapomnę już nigdy.

W Wielką Sobotę 2004 r. odebrałem od Konopa sms z wiadomością o śmierci Jacka. Poczułem, że z Jego odejściem kończy się jakiś ważny etap w moim życiu, ale zaczyna inny, równie ważny — dbania o to, by „pieśń uszła cało”. Ale, ale! Znów zaczynam patetyzować, lepiej pójdę popracować nad „pierdolnięciem w lewej ręce”…

Tomasz Susmęd

wróć...